poniedziałek, 19 maja 2014

Bo tak bardzo pragnę miłości (jak m)

Agata podrzuciła mi dzisiaj link do wspaniałego konkursu Biedronki
I te ogórki w tle, jak mogłam się oprzeć?
Aby wygrać wymarzoną nagrodę, czyli występ w M jak Miłość, należało odpowiedzieć na proste pytanie: za co kochasz seriale? Niestety, poniosła mnie wena i rozpisałam się bardzo, a dopiero później ogarnęłam, że to miało być w SMSie. No cóż, nie będę się rujnować na kilkadziesiąt esemesów, więc łapcie moją odpowiedź chociaż tutaj ^^
...i blogger tego nie obsługuje, ale zwróćcie uwagę, że w pierwotnym zamyśle każde "Kocham seriale, bo" było Comic Sansem. Muahahaha!


Dlaczego kocham seriale?
Drogie jury oceniające zgłoszenia, jako że pojęcie "serial" jest szerokie, postanowiłam odpowiedzieć na wasze pytanie z użyciem kilku przykładów spośród moich ulubionych. Niestety nie są one polskie, ale część pochodzi z Wielkiej Brytanii, a wszyscy wiedzą, że ten kraj już prawie całkiem opanowali Polacy.
Kocham seriale, bo uczą mnie pożytecznych postaw życiowych. Np. współczesna adaptacja prozy Doyle'a pokazała mi, że nie należy okazywać uczuć, a bycie chamem i egoistą jest akceptowalne, jeśli jednocześnie jest się bystrym i ma się ładne kości policzkowe.
Z kolei najdłuższy serial sci-fi w historii dostarczył mi wielu godzin rozrywki (zawaliłam przez niego tylko parę semestrów) i zawdzięczam mu zdrowy paniczny lęk przed maskami gazowymi, kamiennymi aniołami, ludźmi przebranymi za św. Mikołajów, solniczkami oraz manekinami sklepowymi.
Kocham seriale, bo uczą mnie sprawiedliwości. Przykład pewnej postaci (z serialu, który został zupełnie nieuzasadnienie anulowany, wpędzając rzesze fanów w smutek), wpoił mi ważną zasadę, że możesz być uczciwym człowiekiem, który jest wierny przyjaciołom, nie ma sobie równych w swoim zawodzie, kocha swoją żonę i potrafi wyjść z każdych tarapatów, a i tak na końcu jakieś [za przeproszeniem] chuje cię [za przeproszeniem] zajebią.
Kocham seriale, bo dzięki nim wiem, jak funkcjonuje społeczeństwo. Na przykład taki brytyjsko-szkocki serial w ośmiu odcinkach, z kościołem w nazwie, przekazał mi lekcję na całe życie: nikomu nie wolno ufać, wszyscy ukrywają jakieś grzechy.
Kocham seriale, bo dostarczają mi wielu inspiracji i pomysłów na ciekawe życie. Na przykład wtedy, kiedy w pierwszym odcinku mini-serialu kryminalnego o poszukiwaniu komiksu była scena tortur na ludzkich oczach. Użycie soli i mielonej papryki już zrobiło na mnie wrażenie, ale wydłubywanie oka łyżeczką i późniejszy wygląd ofiary przekonały mnie, co chcę robić w życiu.
Kocham seriale, bo rozwijają we mnie poczucie humoru. Nic nie wpływa na dowcip tak dobrze, jak niezrozumiałe, makabryczne żarciki, jakie popełnia seryjny morderca i kanibal, podając gościom jedzenie zrobione z ich przyjaciół. Wybucham śmiechem za każdym razem!
Kocham seriale, bo pomagają mi oderwać się od rzeczywistości. Kiedy obowiązki szkolne dają mi w kość i nie mogę już słuchać głosu mojego ojca, włączam genialny serial osadzony w czasach średniowiecza, który natychmiast dostarcza mi dziennej dawki spisków, krwi, kazirodztwa, zbrodni politycznych, cycków, agresywnych zwierząt i ludzi, a czasem nawet ojcobójstwa. Siedzę wtedy przed ekranem i marzę, że sama kiedyś taka będę - zwłaszcza w kwestii ostatniego punktu.
Mam nadzieję, że szanowne jury doceni moje szczere wynurzenia i da mi szansę wystąpienia
w najlepszym polskim serialu. Miałabym tylko jedną drobną prośbę: mogłabym dostać nóż?

sobota, 3 maja 2014

Kwarki i neologizmy

Jak niektórzy z was mogą wiedzieć, od lat biorę udział w Zdolnych z Pomorza. Ten projekt dał mi wiele dobrego (np. glany, pluszowego dziobaka i mnóstwo ciastek zjedzonych na uniwersytecie), ale niestety wymaga też chodzenia na zajęcia z fizyki. Zazwyczaj jest fajnie, choć steżenie matfizowego humoru może zabić.

Tak, te glany stoją na gazetce Mennicy Papieskiej.
Możecie to uznać za mój komentarz nt. kandyzacji :P
Kilka tygodni temu zaczęliśmy przerabiać jakieś totalnie abstrakcyjne rzeczy, kwarki, cząstki utworzone z kwarków, kolory tych cząstek, ich dziwność... (najlepsza wartość fizyczna ever) Zadanie, które się działo na tablicy, podsumowałam (prawdziwie!) słowami:
Mieszasz π i proton, jaki wyjdzie kolor?

W pewnym momencie zaczęłam zapisywać nazwy typów cząstek: bozon, mezon, gluon itp. Uderzyło mnie, że słowa "John Watson" brzmią jak one. I "Pani Hudson" też. Później przypomniał mi się Eccleston. Później napisałam jeszcze parę słów. Wciągnęłam Piłata, inni się przyłączyli. W rezultacie zabazgraliśmy całą kartkę losowymi słowami, które przyszły nam do głowy i kończyły się na "-on", a nawet, o zgrozo, bawiliśmy się w słowotwórstwo.

 
Słowa, które powinny być nazwami cząstek:


Pluton przyszedł mi do głowy z powodu tumblrowego ruchu "Viva la Pluto! - klik i klik



Chciałabym też uhonorować naszego klasowego polonistę, Andrzeja, który spytany o słowo kończące się na "-on", bez namysłu wypalił: rododendron!

I jeszcze jedno: zapisałam na tej kartce kilkadziesiąt słów, ale nie przyszedł mi do głowy Pyrkon, na który wybierałam się w ciągu tygodnia. Na szczęście pomyślał o nim kolega z grupy, o którym nie miałam pojęcia, że też jedzie (a to nawet nie ten sam, co ma lądowanie TARDIS na dźwięk smsa). Nerdy są wśród nas <3

 Nazwy cząstek, które powinny być słowami:


Godny uwagi jest złon - cząstka zła. Prawa autorskie należą do Piłata, ale mnie poniosła fantazja i stworzyłam artystyczną interpretację (o dziwo nie w Paintcie ^^)




Natomiast słowo mileyjackson stanowi hołd oddany człowiekowi, który na pewnej imprezie był tak pijany, że powiedział "Miley Jackson" zamiast "Bob Marley".


I ostatnie już wyróżnienie w tej kategorii otrzymuje... fonetycznie zapisane hasło z Sherlocka.



poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Problemy bety

Pamiętacie problemy kujonki? Otóż jest jeszcze jedna kwestia: kujonka wie, jak prawidłowo język. Umie gramatykę, składnię, ortografię i takie tam bzdury, a nawet [drama button] INTERPUNKCJĘ.
W związku z tym przez lata byłam proszona o poprawianie wypracowań, listów, nawet smsów,
aż w końcu pewnego pięknego dnia Ginny spytała, czy nie chciałabym zbetować jej jednego tekstu. Jakieś dwa lata i kilkadziesiąt tekstów później mogę z dumą powiedzieć, że
http://blogowy-sznaucerek.blogspot.com/p/jestem-kokiem.html
Sznaucerka pokazała mi Eśka.
Zbetowałam dużo opowiadań, trochę wierszy, parę prac zaliczeniowych, mnóstwo postów na blogi. Współpracowałam z co najmniej czwórką młodych blogerów (czystym przypadkiem wszystkich znam osobiście :P). Na ukochanym Discworldzie, kiedy po latach marzenia o randze specjalnej wreszcie sobie na taką zasłużyłam, wybrałam "Uwaga Pisownia". Mam własnego taga na Panu Tygrysku i Pamiętniku Absurdalnym, a mój nick widnieje pod hasłem "Korekta" w obu edycjach absurdalnej gazetki Kill The Fez!


http://joom.ag/WtBX
Jeśli jeszcze nie czytaliście, koniecznie kliknijcie.
Drugi numer jest piękny i zawiera dużo żółwi!

Przez ten cały czas nazbierało się trochę anegdot i dziwnych cytatów. Aż w końcu Jeleń nie mógł już znieść mojego marudzenia o trudach bety i zaproponował mi stworzenie wspólnego posta.
Tak więc dzisiaj będzie komiks z rysunkami!!! (oczywiście tylko te ładne są jej)



#1 Ponder
Zosia: jak stulecie może być pełne ludzi?
Ponder: hm. no, a czego innego? bierzesz stulecie i w środku zawsze są jacyś ludzie. hm. khm.
Zosia: a właściwie dlaczego lata osiemdziesiąte to stulecie? o.O
Ponder:
eee...
tya.
właśnie dlatego potrzebowałem bety ^^


#2 Znajdź właściwy tekst
Najczęściej współpracuję jednak z Ginny, czy to przy jej własnych tekstach, czy przy KTF, które nigdy by bez niej nie powstało. Gin ma dość specyficzny sposób nazywania plików, wobec czego mój folder "Do bety" wygląda tak:


#3 Najczęstsza odpowiedź
Zosia: dlaczego to zdanie nie ma składni, trzy razy powtarza się w nim słowo "truskawka", a przecinki są z kosmosu?
Ginny:

 
 W razie gdyby aluzja nie była oczywista: klik

#4 Hardkor życia
Od czasu do czasu pomagam też Eśce. Betowałam jej opowiadanie inspirowane Katarzyną Michalak w bardzo ciężkich warunkach. Nie miałam komputera, więc siedziałam z telefonem w ręku, z otwartym podglądem posta i własnymi palcami kopiowałam kolejne zdania, przełączałam na Messengera, wklejałam i pisałam Eśce, po którym słowie powinien być przecinek. Męka. Wpiszę to sobie do CV :D



#5 Skróty myślowe
"nie podoba mi się pierwiastek, który ma miejsce w kawie"
#6 Poprawki
Nie tylko graficy muszą stawiać czoła dziwnym uwagom dotyczącym ich pracy.

Nie, wcale nie rozumiałam wtedy więcej niż wy teraz ^^


#7 Fantazja
Zdarza się, że dyskutujemy z Ginny bardzo długo nad nic nieznaczącą błahostką, na którą zwróciłam jej uwagę i koniec końców ja się poddaję. Według Jelenia wygląda to tak:


#8 Że jak?
Przeglądając stare beto-rozmowy, trafiłam na coś takiego:
Choć był wciąż przy mnie, z pyska zwisał mu bakłażan - już nie smok?
Nie bardzo wiem, jak powinnam się z tym czuć.


#9 Beta mode is never off
Kiedy raz zaczniesz betować, to się nigdy nie kończy. Wyłapujesz literówki w ulotkach, czepiasz się opisu tumblra koleżanki, dopisujesz ogonki na kartce ze sprawdzianem. Kończy się tak, że poprawiasz nawet to, co wydaje się idealne. Jeleń na moje osiemnaste urodziny stworzył dla mnie dizajnerską serię Pilecka Prototype. Powiesiłam sobie na ścianie metkę od przepięknej koszulki i pewnego dnia spojrzałam, wzięłam długopis i postawiłam kreseczkę:



#10 Akapit pełen matematyki
[Zosia i Ginny szukają synonimów do słowa "matematyka"]
Zosia: mam perfidną ochotę wciśnięcia ci jakiejś "królowej nauk", ale to chyba nie przejdzie na uczelni humanistycznej. *powściąga wewnętrznego matfiza*
Ginny: a dawaj!
Zosia: tak? to gdzie sobie życzysz?
Ginny: a gdzie zrobi największe wrażenie? może walniemy w połowie tak z niczego kapitalikami czcionką 50 KRÓLOWA NAUK - MATEMATYKA?


And so she did.

#11 Sprzeczka
Czasem w procesie betowania trafiamy na zagadnienie, co do którego nie możemy się zgodzić. Na przykład: jak powinno się pisać, "Nienajlepsza" czy "Nie najlepsza"? Wtedy potrzebujemy odwołać się w naszej poważnej dyskusji do wyższych autorytetów:



#12 Czajniczek
Borze, to była faza.



Zosia: teraz mamy "gotujący się wrzątek"... czy to nie pleonazm?
Ginny: wykreślamy gotujący się... i możemy wrócić do pierwszego gotującego :>
Zosia: może po prostu gotująca się woda? ^^
Ginny: nie. woda jest taka mainstreamowa.



#13 Proces twórczy
Poprosiłam Jelenia o narysowanie mojego wstępnego betowania (poprawiam wtedy tylko drobne błędy i szukam, do czego by się przyczepić).
W rezultacie powstało arcydzieło gifowe, które jednak trochę wyolbrzymia mój Weltschmerz ^^


 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Baloniki

Wszyscy znamy to radosne uczucie zabawy z balonikiem. Chyba, że ty nie znasz. Wtedy prawdopodobnie nie miałeś dzieciństwa. Khem. Balony od wieków dostarczają dzieciom i trochę starszym radości: absurdalnie wiele, jeśli wziąć pod uwagę, że to tylko kawałek gumy wypełniony powietrzem.
Pamiętam czasy, kiedy zawsze miałam w domu balon albo dwa, niektóre bardzo wymyślne, w kształcie lwa albo papugi. Pamiętam dziecięce dramaty, kiedy balonik z helem wyślizgnął się i utknął na suficie hali. Pamiętam turkusowy balon z deltą, który wyniosłam z dni otwartych mojego liceum i zawiozłam całą drogę do domu, gdzie dwa dni później zachwycił Arsis. Pamiętam niezliczone sytuacje, kiedy widziałam dzieci biegające z balonami i wstydziłam się podejść do rozdającego, bo mógłby powiedzieć mi, że jestem za stara. Pamiętam, jaka czułam się ważna, kiedy podczas przygotowań otrzęsin zarządzałam produkcją i rozwieszaniem balonów. Pamiętam balon-kaktusa, którym bił mnie po głowie świeżo upieczony 18-latek. Pamiętam balon w kształcie żółwia, którego nie kupiłam.

Jeśli kiedyś taki zobaczycie, koniecznie mi kupcie!

Krótko mówiąc, balony zawsze były dla mnie ważne. Przedstawiam wam historie kilku wyjątkowych balonowych obywateli, którzy zasługują na bycie zapamiętanymi.

  I. Dariusz

Spacerowałam nad Motławą z Arsis i Ponderem, kiedy on... Dosłownie sfrunął mi z nieba. Błękitny, w kształcie balonu, nie nazbyt napakowany, ale i nie kurdupel. Wydawał mi się idealny. Przygarnęłam go więc, nadałam mu nowe imię: Dariusz i postawiłam na równi z nami (czyt. niosłam na wysokości głowy). Dariusz spędził z nami dużo czasu, poszedł z nami na koncert skrzypcowy pod bramą i towarzyszył nam podczas spaceru pod Filharmonię. Tam siedzieliśmy pod grającym krzakiem, kradnąc darmowy internet itp. Dariusz podskakiwał wesoło, nie zwracał uwagi na żałosne ataki ze strony Pondera i wszystko było dobrze. Ale później... Później Arsis postanowiła zrobić mu tatuaż. Wyciągnęła cienkopis i narysowała na tyle głowy Dariusza żółwia. Potem uśmiechniętą buźkę z Sherlocka. Potem TARDIS. Potem jeszcze L z Death Note'a. Kolorowała właśnie to ostatnie, kiedy... BUM! Cienkopis przebił delikatną skórę Dariusza i dosłownie eksplodowała mu głowa.
Mój ból był ogromny. Pozbierałam kawałki z ziemi, zachowałam jeden na pamiątkę, reszcie urządziliśmy pogrzeb wojownika, rytualnie wrzucając je do rzeki.

Zwłoki Dariusza, które noszę w torebce jako amulet.
Od lewej: pęknięty L, TARDIS i żółw z twarzą z Sherlocka.

Od tych wydarzeń minęło sporo czasu, ale przedwcześnie utracony przyjaciel żyje w mej pamięci. Arsis... już dawno ci wybaczyłam, ale nigdy ci tego nie zapomnę.


II. Balunio

Historia gościnnie opowiedziana przez Acię, najdziwniejszą osobę, z jaką zdarzyło mi się rozmawiać. Wersja niecenzurowana.

Balunio narodził się 1 września 2013 roku. Właściwie to został kupiony w Tesco jako ozdoba na świętowanie powrotu - tej jak jej tam było - do Polski oraz na znak tego, że o niej nie zapomnieliśmy.
Balunio oraz jego bracia i siostry zostali zabrani przez nas do restauracji "Biesiada", gdzie Ponder starał się tknąć w nie tchnienie życia. Nie, tak dosłownie to je dmuchał. To był dzień gdy Balunio stracił swą niewinność.
Cała jego rodzina, z nim włącznie, wyglądali jak gumowe, napompowane kuleczki analne vel różdżka Dumbledore'a. To był powód, dla którego Ponder tak bardzo go pokochał.
Zabraliśmy Balunia, jego brata i siostrę na spacer. Siostrą opiekowałam się ja, była jakaś upośledzona, bo nienadmuchana do końca... I mean niedorozwinięta.
Podczas spaceru zaliczaliśmy wszystkie sklepy w poszukiwaniu Baileysa. Pół miasta przeszliśmy...
Balunio lubił wylatywać Ponderowi z rąk i bawić się na trawie. W pewnym momencie zrobił to po raz ostatni... Balunio radośnie poleciał na trawę i tam przez nieuwagę przewrócił się i nabił na ostrą krawędź trawy. To był ostatni raz gdy widzieliśmy go nadmuchanego i pełnego powietrza.
Uczciliśmy jego śmierć minutą śmiechu, a następnie zrobiliśmy cichy pochód pogrzebowy. Dobrze, nie taki cichy, nuciliśmy marsz imperialny z "Gwiezdnych Wojen".
Balunio spoczął w koszu na śmie... I mean trumnie. Tam widzieliśmy go po raz ostatni.

Ciekawostka: Jego brat został księdzem pedofilem.


III. Komunista

To było na mądrej konferencji w Berlinie. Spacerowaliśmy wielokulturową grupką po Alexanderplatz, kiedy zauważyliśmy poruszenie wokół czerwonych namiotów. Okazało się, że zbliżają się wybory parlamentarne i to zamieszanie jest częścią wielkiej kampanii promocyjnej komunistycznej partii Die Linke. Jednogłośnie i bezgłośnie stwierdziliśmy, że choć nie jesteśmy komunistami, chcemy baloniki. Wyłudziliśmy od miłego pana komunisty chyba z siedem identycznych balonów z helem. Jeden zabiliśmy na rzecz śmiesznego gadania (powiedziałam wtedy prawdopodobnie najsłodsze "Wassup", jakiego w życiu nie słyszeliście). Pozostałe obwiązaliśmy sobie wokół nadgarstków i wieźliśmy przez godzinę komunikacją miejską, jak na poważnych uczestników konferencji przystało.
Komunista wraz z otrzymanym tam pamiętniczkiem, w którym czasem piszą się posty
Tego wieczora bawiłam się z balonikiem w swoim pokoju, a następnego dnia rano zostawiłam go wiszącego pod sufitem. Kiedy wróciłam... Leżał na podłodze! Próbowałam go przywrócić do życia, ale już nigdy nie zaczął ponownie latać. Wkrótce konferencja się skończyła i z żalem musieliśmy się rozstać. Zostawiłam go na łóżku wraz z papierową torbą z supermarketu. Mam nadzieję, że obsługa się ucieszyła.


IV. Wędrowiec

Na ostatni dzień konferencji organizatorzy przygotowali niespodziankę - mnóstwo kolorowych balonów z helem, do których mieliśmy przywiązać swoje życzenia i wypuścić w świat.
Mnie trafił się pomarańczowy (osobiście ściągnęłam go z sufitu). Kiedy nadeszła chwila uwolnienia balonów, okazał się trefny - zamiast polecieć w górę, hipstersko odbił w bok i nisko poleciał za budynki. Smuteczek.
Odlatujące życzenia. Mój balon w samym centrum kompozycji.
Później zobaczyłam, jak niejaki Dan próbuje zabić różowy balon. Jako że był lamą, nie potrafił go rozwiązać. Zaoferowałam pomoc i podstępnie wypuściłam balon w powietrze. Cóż za wspaniałe uczucie, popsuć komuś zabawę! Ale to jeszcze nie koniec. Ktoś znalazł mój pomarańczowy balon - sprawdziłam, miał moją kartkę. Znowu zabawiłam się w złodzieja i przywłaszczyłam go sobie. Postanowiłam jednak dać Danowi zadośćuczynienie - oddałam mu swojego odzyskanego nielota, a on zużył go na hel. Jeszcze nigdy nie czułam się tak szlachetna.
PS Niektórzy napisali na balonach swoje maile - dostali później wiadomości o balonach znalezionych setki kilometrów od Berlina.


Lekcja życia na dziś: nigdy nie jesteś za stary na balony.

wtorek, 21 stycznia 2014

Zagadka życia

Zastanawia mnie od dłuższego czasu, dlaczego ludzie lubią identyfikować się ze zwierzętami. Czy to obsesyjnie je zbierać, czynić je swoim symbolem, przywoływać w każdej dyskusji, czy też poświęcać im cały swój czas wolny.
Że jestem żółwiem, to wszyscy wiecie. Ale jakby rozejrzeć się po moich znajomych... Arsis jest jeleniem, Ponder odkrył w sobie traszkę, Ginny ma swojego Pana Tygryska, Betty - ślimaki, Eśka twierdzi, że wychowały ją margaje. Z "realnych" przyjaźni: Ela jest koniarą, Halszka kociarą, a po szkolnych korytarzach grasuję w towarzystwie Rosomaka, Lamy i Wiewiórki.
Ale to jeszcze nic! Wchodzę do internetu, a tam się okazuje, że Matt Smith to pijana żyrafa, a Freeman i Cumberbatch...

I już nigdy nie będziesz oglądać Sherlocka bez skojarzeń.
Nasuwa mi się taki wniosek: wynika to z potrzeby posiadania dajmona, których niestety poskąpiło nam nasze uniwersum. Czyż nie byłoby cudownie mieć nieodłącznego zwierzęcego towarzysza, który myśli tak jak ty? Który ucieleśnia twoje cechy, pokazując wszem i wobec, że jesteś sprytny, powolny albo parzystokopytny?

<odchodzi, nucąc pod nosem: >
Wszyscyśmy z dzieł Pullmana, to tylko kwestia światła...

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Króliki

Króliki są złe. To wielka szkoda, że tak niewielu ludzi jest tego świadomych. Króliki knują. Chcą zabić wszystkich ludzi i przejąć władzę nad światem. Króliki są sprytne. Nie ujawniają się łatwo, udają, że są miłe, puszyste i kochane. Bzdura. Jeśli zajrzysz odpowiednio głęboko w oczy królika, dojrzysz żądzę mordu. I zginiesz. Ci nieliczni, którzy znają prawdę, dają ludzkości znaki. Czasem za cenę życia. Jeśli rozejrzysz się dookoła, zobaczysz wiele dowodów na zło królików. Zobaczysz w ogóle dużo królików, bo króliki szpiegują. Króliki są wszędzie.

DOWÓD NR 1 - Przerażające królicze kostiumy.



I najbardziej znany, z filmu "Donnie Darko". To ten film po raz pierwszy uświadomił mi, że należy się bać królików.


DOWÓD NR 2
Królicze łapki przynoszące szczęście. Noszenie ich na szyi jest doskonałym pomysłem: odstrasza króliki od ludzi, których mogą uznać za pogromcę gatunku. Też byśmy się przestraszyli kogoś z ludzką ręką na szyi, prawda?

DOWÓD NR 3 - Bunny suicides

 Każdy właściciel królika powinien pokazać to zwierzaczkowi.

DOWÓD NR 3 - Monty Python
Monty Python ma największe zasługi w uświadamianiu ludziom, że króliki to seryjni mordercy. Niezapomniana kreacja  Morderczego Królika była genialnym posunięciem, które odcisnęło piętno na popkulturze. "Monty Python i Święty Graal" po dziś dzień bawi i uczy.
W tym samym dziele pojawił się też drewniany królik trojański, symbol kłamstw, podstępu i agresji królików.

DOWÓD NR 4
Joe, bohater filmu "Królowie lata" pokazuje, jak należy obchodzić się z królikiem.


DOWÓD NR 5 - Koszulki
Kilkakrotnie widziałam na ulicy koszulkę z rysunkiem królika i podpisem "Mass killer"/"Mass murderer". Jak się okazuje, wzorów jest bardzo dużo:


Nawet Robin nosi koszulkę z królikiem!

 


DOWÓD NR 6 - Welcome to Night Vale
"Rabbits are NOT what they seem to be". Tymi słowami zaczyna się szósty odcinek genialnego podcastu, który, jak powszechnie wiadomo, zawiera wiele mądrości życiowych. Jak zwykle Cecil ma rację - w końcu gdzie mają się znać na nieprawdopodobnych śmiertelnych niebezpieczeństwach, jak nie w Night Vale.


 DOWÓD NR 7


DOWÓD NR 8 (NIE WPROST)
Nikt nigdy nie słyszał, żeby cała rodzina zginęła z łapek królika. Dlaczego? Ponieważ króliki są sprytne. Wybierają swoje ofiary starannie. Wyobraźcie sobie miłą, powiedzmy czteroosobową rodzinkę, która mieszka w lesie w odosobnionym domu. Coś jak Finlandia. Członkowie rodziny nie mają żadnych przyjaciół, czują się samotni, więc przy okazji zakupów w wielkim mieście nabywają sobie puchatego, słodkiego króliczka. Zwierzątko zdobywa ich zaufanie i jest tak grzeczne, że pewnej nocy zostawiają drzwiczki klatki otwarte. Nigdy więcej się nie obudzą. O morderstwie nikt się nie dowie, królik ucieknie, a populacja ludzka zostanie odrobinę zmniejszona. Tak, krok po kroku, króliki realizują swój plan wybicia ludzkości co do nogi.

Króliki naradzają się, kogo by zabić. Zwróćcie uwagę na krew dookoła.


DOWÓD NR 9 - How I Met Your Mother
W jednym z odcinków, "Rabbit or Duck", królik był uosobieniem rzeczy, które nienawidzimy. Doskonała teoria, moim skromnym zdaniem.




DOWÓD NR 9 i 3/4

Jest taki brytyjski sześcioodcinkowy serial, w którym główny zuoczyńca nosi pseudonim Mr. Rabbit. Nie powiem wam, jaki to serial, bo to byłby spoiler, ale Utopia jest super.

DOWÓD NR 10

Czy ja w ogóle muszę coś dodawać?

DOWÓD NR 11
Króliki są wszędzie. Są w filmach, są w domach, są w grach planszowych, są w pornopisemkach, są w bajkach (oczywiście, że żółw musiał zwyciężyć), są w powiedzeniach (mnożą się jak króliki, na nasze nieszczęście), są nawet w cholernej reklamie baterii!
Czyż nie przerażający?

Rozejrzycie się tylko dookoła, poszukajcie króliczych szpiegów u was w domu.
Pewnego razu siedziałam sobie spokojnie i czytałam książkę, kiedy coś mnie tknęło, żeby spojrzeć na biurko. Stał tam wielki zając z czekolady i obserwował mnie. Nie było go tam wcześniej!

DOWÓD NR 12
Królicza natura na jednym obrazku.

http://s419.photobucket.com/user/sharpie2319/library/?sort=3&page=1

DOWÓD NR 13
Króliki potrafią oszukać najlepszych.


Biedny Sherlock, jeszcze wie, że NIE MA nic bardziej zabójczego od królika... Jednak brak elementarnej wiedzy nie powinien nas dziwić z jego strony - w końcu nie wiedział nawet o teorii heliocentrycznej.


Dziesiąty był bardzo blisko odkrycia prawdy, ale w ostatniej chwili dał się zmylić pozorom.


DOWÓD NR 14
Zespół The Killers Rabbits
https://www.facebook.com/TheKillersRabbitsPage
Okładka ich pierwszego albumu. Śliczna, nie?

DOWÓD NR 15
Gra flashowa Attack of the Evil Bunny Empire

DOWÓD NR 16 - Indoktrynacja
Taka książeczka jest do kupienia w empiku. Nie dość, że kłamie dzieciom, że króliki są miłe i przyjazne, to jeszcze zachęca je do dotykania króliczego futra. Bardzo sprytne: za młodu wmówią im, że mogą spokojnie pogłaskać króliczka, to później łatwiej będzie odgryźć im rękę.



DOWÓD NR 17 - Night of the Lepus
Film, znany również jako Rabbits, opowiada o zmutowanych morderczych... tak, zgadliście, królikach!
Co za szkoda, że nikt o nim nie słyszał w Polsce... Czyżby nasza loża uszatych była aż tak silna?

There is a herd of killer rabbits headed this way and we desperately need your help!

DOWÓD NR 18
Neil Gaiman napisał opowiadanie o Doctorze. Ostatnie zdanie jego opisu brzmi:
Mam nadzieję, że Krewni od czasu do czasu będą was nachodzić w koszmarach. I że zaczniecie się bać, że człowiek z głową królika zapuka do waszych drzwi i spróbuje kupić wasz dom.




NIE DAJCIE SIĘ ZWIEŚĆ!

piątek, 29 listopada 2013

Jak należy czytać Carda

Przez wiele lat nazwisko "Orson Scott Card" mówiło mi tylko tyle, że to drugi oprócz Pratchetta słynny pisarz, którego tłumaczy Piotr W. Cholewa. A później odkryłam Sagę Endera, którą skończyłam dzisiaj. Refleksja moja była mniej więcej taka: Borze, uwielbiam Carda. Nawet jeśli jest mormońskim homofobicznym bucem, to uwielbiam jego książki.
Bo Card, proszę państwa, stworzył cykl doskonały w swojej cyklowości.

Gra Endera jest powieścią świetną, intrygującą, ale w zasadzie bardzo prostą. Autor miał oryginalny pomysł i napisał powieść o chłopcu, który zmienia losy świata. No i fajnie, można by to potraktować jako skończoną całość, albo nawet podarować sobie czytanie i pójść do kina na ekranizację *nerwowy śmiech*. Ale nie można! A to z powodu końcówki powieści, która zapowiada coś więcej, irytująco szuka głębi w tym, co się stało. I nie dowiecie się, po co to komu, dopóki nie przeczytacie kontynuacji.
Zwłaszcza ostatni rozdział może czytelnika zirytować, bo jest dosłownie pisany na kolanie: Card miał mało czasu do deadline'u, więc naskrobał szybko kawałek tekstu, który przygotuje mu grunt pod drugą część cyklu. Nie jest to w żadnym razie zakończenie, a dopiero początek wspaniałości i dlatego nie można poprzestać na Grze Endera.
Swoją wpadkę z ostatnim rozdziałem naprawił Card wiele lat później, dopisując prequel-sequel, powiedzmy: część 1 i 8/9. Zawarł w niej dokładnie to samo, tylko poszerzone do rozmiarów powieści, dzięki czemu zyskuje sens. Nazywa się to Ender na wygnaniu i stanowi pomost, który pomaga zrozumieć pierwszą część i przygotować się na drugą. Ponieważ przy okazji dobrze się to czyta, polecam taką kolejność.
Potem jest Mówca Umarłych, który mnie absolutnie zachwycił i powalił na kolana. Jest tam tyle wątków, tyle niesamowitych postaci i problemów, a wszystko upchnięte w jednej, niegrubej książce. Atmosfera jest gęsta jak rtęć, a plątanina wątków łapie cię w sieć jak w pajęczynę. Dopiero po przeczytaniu Mówcy Umarłych zaczynasz rozumieć, o co właściwie w tym wszystko chodzi.
Ksenocyd, część trzecia, ma wszystko to, co "Mówca", tylko pojawiają się nowe, tragicznie ciężkie problemy i wszystko jeszcze bardziej się komplikuje. Po raz pierwszy też akcja dzieje się równolegle na dwóch planetach, co powoduje poszerzenie perspektywy i zbliżenie do zupełnie nowej kultury.
Dzieci Umysłu są... piękne. Kontynuując fabułę i rozwój postaci z poprzednich części, Card szczególnie podkreśla relacje międzyludzkie (i nie tylko -ludzkie). Są do bólu prawdziwe, skomplikowane, niełatwe. Do tego dochodzi poetycka, niezwykła i zupełnie nieprawdopodobna wizja tego, czym jest świadomość i inteligencja.
Seria się kończy, a ja jestem w szoku, tęsknię za bohaterami i przeżywam kac książkowy.



Dlaczego więc to wszystko jest takie doskonałe? Bo każda część stanowi logiczną kontynuację wątków z poprzedniej, a jednocześnie dodaje coś nowego, czego nikt by się nie spodziewał. Uniwersum, tak prosto przedstawione w "Grze Endera", stopniowo rozrasta się, komplikuje, zmienia.
Także dlatego, że czytelnik znajdzie tu wszystko, czego może zapragnąć: obce kultury, obce rasy, obce technologie, miłość, religię (a nawet kilka), politykę, wojnę, nienawiść, tolerancję. Przy tym wszystko to tworzy sensowną strukturę, nic nie dzieje się bez przyczyny, wątki splatają się w całość, wszystko ma swoje konsekwencje i każda jednostka jest ważna.

Dlatego apeluję: doceńcie wysiłek autora i zróbcie sobie przyjemność, czytając całą serię.
Nie odkładajcie "Gry Endera" na półkę z poczuciem, że książka ta wam nic nie dała i nie warto czytać kontynuacji. Nie kaleczcie cykli. Nie zrobilibyście tego Tolkienowi, sięgnęliście po drugą część "Autostopem przez Galaktykę", nie wyobrażacie sobie znać tylko jednej części Narnii. Zapewniam, Card też na to zasługuje. "Gra" to tylko wstęp do pięknego, rozwiniętego uniwersum.